Stwierdzenie, że szedłem z duszą na ramieniu do Restauracji Hoshi Sushi w Rzeszowie (na parterze Galerii Millenium Hall, ul. Kopisto 1) byłoby zdecydowanie nadużyciem. Dwie towarzyszące mi osoby, były swoistym… modelingiem, no komuś trzeba robić te zdjęcia przy stole, a nie tylko pełnym talerzom. A poza tym… dziewczyny tego sushi zjadły tuż z tonę, więc powiedzą czy dobre czy nie.
Przekroczenie progów Restauracji Hoshi Sushi nie nastręcza większych problemów, są niskie, podobnie jak i tradycyjne, japońskie stoły wewnątrz lokalu. Zarezerwowane miejsca czekały na nas na I piętrze, wcześniej trzeba było - zgodnie z tradycją - zdjąć buty i zasiąść wreszcie do stołu. Z nogami w podłodze, bo wszystko po japońsku, ale z zachodnim twistem, dostosowanym do europejskich standardów.
Na początku na stole pojawiły się imbryczki z herbatą oczywiście zieloną, ciężkie jak diabli, bo żeliwne, ale dzięki temu gorące była jeszcze po godzinie biesiadowania.
A potem pojawiły się zupy: od razu cztery rodzaje. Zaczęliśmy od delikatnego miso z glonami i tofu. Potem był „smoczy język” robiony na wywarze z głów łososia i z kawałkami tej ryby z pływającym w nim grubym makaronem oraz „osuimono” - przygotowana z bulionu z tuńczyka z paluszkami krabowymi. Te dwie ostatnie zupy potrzebują gotowania przez 12 godzin, aby uzyskać swój charakterystyczny i niepowtarzalny smak. Ostatnią była „tom yum” - lekko pikantna zupa z trawą cytrynową, mleczkiem kokosowym i krewetkami.
Następnie pojawił się - jak dla mnie - temat dobrze znany czyli tatar z łososia. Powiem więcej, fura tatara. I tak była mniejsza od tej z karty menu, bo dostaliśmy wersję degustacyjną, ale tego smaku i jakości ryby długo nie zapomnę. Delikatne mięso, idealnie siekane. A do tego zestaw marzenie: sałatka z glonów wakame, kiełki i oczywiście wasabi, wszystko idealnie komponujące się ze smakiem ryby.
Przemiła obsługa tłumaczyła, wyjaśniała, błyskawicznie wynosiła puste i przynosiła pełne talerze. To prawdziwy skarb, szczególnie dla gościa, który niezbyt swobodnie porusza się po temacie kuchni Kraju Kwitnącej Wiśni.
Na tym właściwie mógłbym poprzestać i przyznać im gwiazdkę Michelina, ale na stół wjechał olbrzymi półmisek z wieloma rodzajami sushi, w różnych konfiguracjach smaku: z tatarem z łososia, z krewetką w tempurze, z paluszkami krabowymi, z tuńczykiem… Każdy kawałek składał się z takiej ilości składników, że był osobnym daniem samym w sobie. I do tego ta dekoracja np. ikrą z ryb latających…
Powinniśmy już na tym skończyć, ale nam było mało. „Ratując” się napojem aloesowym dostaliśmy jeszcze deser: lody figowe w tempurze. Tak, dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego obżarstwo jest jednym z grzechów głównych. Na szczęście czas tej kilkugodzinnej biesiady pozwolił nam wyjść obronną ręką z tej feerii smaków i solidnych porcji (no może poza jednym zawodnikiem, który na tylnym siedzeniu auta jęczał z przejedzenia). A to co zostało skrzętnie zapakowano i zabraliśmy do domu.
Rzeszów ma szczęście do wielu rzeczy: lokalizacji, prezydenta (jak twierdzą niektórzy), pogody, ludzi, ale coraz częściej mogę z pewnością też powiedzieć, że do kucharzy. Ludzi, którzy z pasją i umiejętnością na poziomie mistrzowskim przygotowują to co na zawsze zostanie w naszej pamięci smaku. Dziękuję Ci bardzo Hoshi Sushi.