Odwiedziny w restauracjach z zupełnie inną kulturą smaków zawsze były dla mnie wyzwaniem. Z jednej strony obawa czy „podołam” w jej zrozumieniu i obejdzie się bez foux pas, a z drugiej czy dotrwam do końca tego czasami kulinarnego eksperymentu… Było tak z kuchnią śródziemnomorską (strach przed daniem z ośmiornicy), arabską czy hinduską, a teraz japońską. To zupełnie inne światy (i smaki!) dla człowieka wychowanego na schabowych, bigosie i kapuśniaku.
Z tą świadomością i lekkim stresem udałem się do kolejnego „przyczółka” japońskiego w Rzeszowie ze wsparciem w postaci Kaliny i Katarzyny. Nie tylko moralnym – obie są z kuchnią Kraju Kwitnącej Wiśni już dobrze obeznane i mają dużą skalę porównawczą. Naszą misją było sprawdzić, czy Restauracja ZORI SUSHI w Rzeszowie (ul. 3 Maja 3) to miejsce gdzie można zjeść porządne sushi i inne typowe dania japońskie.
Zaczęliśmy w czteroosobowym gronie od zapoznania się z zupami. Na stół szybko wjechały talerze z dwoma propozycjami z japońskiego menu: aromatyczny wywar rybny Nebayaki Udon (halibut, krewetki i warzywa) i Won Ton z pierożkami (mięso i grzyby) oraz dwie tajskie: pikantna Tom Yum ze „szklanym makaronem” przeźroczystym i błyszczącym w towarzystwie mleka kokosowego i krewetek, a także zdecydowanie łagodniejsza Tom Kha Gai – również z mleczkiem kokosowym i kurczakiem.
Po dokładnym opisie kelnerki, która zupa z czego się składa, w jaki sposób się ją przygotowuje, i z jakiego kraju pochodzi, a także krótkiej sesji fotograficznej, nastąpiło podawanie sobie miseczek do kolejnego próbowania z osobistymi komentarzami: wspaniała, oj za pikantna, tą mógłbym jeść codziennie, kto wyjadł wszystkie krewetki itp. Wszystkie zupy były na medal, niezrównane w smaku i jakości składników.
Kolejne wyzwanie to przystawki. I tu powstały dwa obozy: wegetarianki zajadały się Edamame czyli gotowanymi strąkami soi, a panowie (ja i Karol) nie mogliśmy nachwalić się Yaki Goyoza, czyli pierożkami z nadzieniem mięsnym i kapustą. Podane równolegle Kimchi – kiszone warzywa na ostro – jakoś nam nie podeszły.
Ale wreszcie nadszedł długo wyczekiwany moment - postawiono przed nami olbrzymi, kręcący się na stopce półmisek, wręcz uginający się pod różnorodnym sushi. Było w czym wybierać, a i oczy radowały się barwą, strukturą i kształtem. Sushi: *łosoś marynowany z krewetką w tempurze; *ryba maślana w tempurze + omlet, Futomaki: *dorada + omlet; *krab w tempurze; *makrela + serek Philadelfia; *krewetka w tempurze + tatar z łososia, Nigiri: *węgorz + awokado; *tuńczyk.
To była prawdziwa „Uczta Babette”, rozpusta smaku. Prysła „wysoka” kultura jedzenia: jak spadało z pałeczek pomagało się palcami, jedliśmy rozmawiając i polecając sobie kolejne dzieła sushimastera, podtykając je sobie pod nos i co rusz cmokając z zachwytu. Tu nie było poległych, półmisek opustoszał i każdy miał swoje topowe smaki.
Sytość ogarnęła nas zupełnie, gdy wtem ustawiono przed nami małe dzieła sztuki: kulki lodów sezamowych i imbirowych w chrupiącej panierce. Nie mogliśmy tego zostawić, „etyka” smakosza nie pozwalała. I z każdym kęsem wiedziałem, że najlepsze zostawiono na koniec. Czegoś tak dobrego nie jadłem nigdzie. Oryginalny smak lodów, wyrazisty, a jednocześnie wspaniale się uzupełniający i warstwa otaczającego je ciasta (całość jest bowiem smażona na głębokim oleju) krucha i chrupiąca, cieniutka jak mgiełka. Szczególnie lody imbirowe były przepyszne, takiego smaku jeszcze nie próbowaliśmy.
Restauracja Zori Sushi jeśli chodzi o wnętrze to jedna ze skromniejszych – biorąc pod uwagę te z menu japońskim - w Rzeszowie. Jednak kulinarnie bije niektóre z nich na głowę. Załoga z kuchni potrafi zadziwić jakością składników, pomysłowością połączeń i mistrzostwem ich przygotowania. To miejsce, które poszukiwacze dobrych smaków i miłośnicy sushi powinni koniecznie odwiedzić.