W ramach trwającego „Festiwalu najlepszych Restauracji w Polsce” czyli Restaurant Week warto przetestować propozycję kulinarną Zen Sushi Bar & Japanese Restaurant Rzeszów (Rynek 20). Sushi Master Maciej Zając przygotował na to wydarzenie dwa niezwykle ciekawe zestawy.
Zaczęliśmy klasycznie od jaśminowej herbaty, aby rozgrzać nią nasze kubeczki smakowe. Potem wjechały – obsługa cały czas bez zarzutu – na stół przystawki: dla panów mini ramen wołowy, w którym zlokalizowałem m.in. przesmaczne plasterki boczku, kawałki paluszków krabowych, glony, pomidorki i masę zieleniny. Dla pań przygotowano tradycyjną zupę spożywaną w Japonii praktycznie codziennie jako dodatek do posiłków. Zupa miso-shiru z glonami wakame z serem tofu i papryką jalapeńo - oj ostro było, ale smakowało i nic nie zostało.
Podobnie zresztą jak z daniami głównymi. Tu w wersji jarskiej zaprezentowała się tempura warzywna podawana z sosem tensui (serwowany na muszli wyglądał bardzo dostojnie). Paniom smażone warzywa smakowały, jak i w wersji męskiej futomaki z krewetką w tempurze z tatarem z łososia. Wyglądały cudnie, oczu oderwać nie było można. Uważaliśmy z ilością wasabi więc wpadka nam nie groziła. Na placu boju pozostały - uwidocznione na zdjęciach - ogonek krewetki i kilka kawałków marynowanego imbiru.
A deser powalił nas na kolana. No niby nic, ale jak wjechał na stolik to chwila uniesienia jego urodą dała sekundy ciszy. Niby rzecz prosta: banan w tempurze w makach w płatku sojowym z malinowo-imbirowym sosem. Teraz rozumiem tę wschodnią celebrację jedzenia. Najpierw jemy oczyma, potem dopiero zajmują się nim nasze dłonie. Smak był wyborny, delektowaliśmy się kawałkami deseru, co przy – części osób – nieporadności w obsłudze pałeczek wywoływało kaskady śmiechu. Półtorej godziny przeleciało jak z bicza strzelił, a my wychodziliśmy z Zen Sushi lekko i radośnie. Jeszcze tu wrócimy, ba warto.
fot. Karol Przyczyna i KZ